piątek, 5 października 2007

Kochać to nie znaczy tylko wzdychać i marzyć.

Kochać to nie znaczy wiecznie o kimś snić.

Kochać to znaczy komuś zawierzyć.

Kochać to znaczy dla kogoś żyć.

Coś co lubie...

Pursuit of Happyness, the (W pogoni za szczęściem)

Will Smith to niekwestionowany król kina rozrywkowego. Twardziel, komediant... jednym słowem ulubieniec widowni. Mimo ogromnej aktywności Smitha w branży filmowej, tak na prawdę rzadko kiedy mamy okazję podziwiać prawdziwy kunszt tego aktora. Aktora, który poza zabawianiem publiczności potrafi wzniecić niekiedy w niej także silne emocje. Jeżeli ktoś pragnie doświadczyć tego, z pewnością powinien sięgnąć po nowy film Gabriele Muccino, W Pogoni Za Szczęściem, będący adaptacją bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Obraz traktuje o wykolejeńcu życiowym, Chrisie Gardnerze, który pozbawiony stałych środków utrzymania, opuszczony przez żonę, wraz ze swym pięcioletnim synem ląduje na ulicy. Nie tracąc jednak wiary we własne możliwości dąży do zrealizowania własnych marzeń – zostania maklerem giełdowym i zapewnienia swojemu synowi godziwego życia. Film, zupełnie jak inne w dorobku Muccino, porusza i skłania do refleksji, toteż warto poświecić mu te niespełna dwie godziny życia.

Jakoś tak utarło się na przestrzeni lat w mej pamięci, że nazwisko Muccino kojarzyłem bezpośrednio z innym artystą, włoskim kompozytorem, Paolo Buonvino, z którym reżyser ten współpracował zresztą od niemalże początków swojej kariery. Wielkie zdziwienie zatem wywołała we mnie informacja jakoby najnowszy projekt Muccino miał być zilustrowany przez inną personę, włoski talent próbujący szczęścia w Hollywood, Andrea Guerra. Darując sobie wszelkiego rodzaju spekulacje na temat przyczyn takowej zamiany, postanowiłem praktycznie podejść do tej nowinki i przekonać się na własnej skórze, co ciekawego może wnieść Guerra do filmu Muccino. Cóż, przyznam że całkiem pozytywnie rozczarowałem się obejrzawszy W Pogoni Za Szczęściem. Na tyle pozytywnie, by sięgnąć po krążek z muzyką, który jak się później okazało dostarcza nie mniejszej ilości wrażeń. Mimo, że pierwszy kontakt z tym 40-minutowym albumem nie powali na kolana, płyta ta posiada wiele cech, które prędzej czy później sprawią, że jeszcze niejednokrotnie doń wrócimy. Sporo do powiedzenia ma tu kwestia znajomości filmu. Znajomości, która zapewne niejednokrotnie pomoże odkryć przed słuchaczem niedostrzegalne do tej pory pozytywne aspekty ścieżki.

Pozytywów nie szukałbym raczej w samej pomysłowości twórcy. Szczególnie wykwintnym językiem muzycznym Andrea Guerra bowiem nas nie rozpieszcza, oryginalnością zresztą również. Cóż to jednak znaczy podług estetyki i słuchalności - cech których przecież W Pogoni Za Szczęściem odmówić nie wolno. Nawet pozornie sztampową i ograną formę ilustracji filmowej urobić można na ciekawe i inspirujące przeżycie muzyczne, czego Guerra dobitnie dowodzi w swoim najnowszym dziele, prezentując słuchaczowi score bardzo prosty technicznie, ale jakże silnie oddziałujący na wyobraźnię. Mieszając „tradycyjne” orkiestrowe plumkanie z rytmicznymi przystawkami perkusyjnymi i elektroniką nawiązuje solidną więź z odbiorcą, który bez trudu pochłonie tryskający ze ścieżki jednym strumieniem potok rozrywki i emocji. Emocji de facto wysterylizowanych z nadmiaru „artystycznego kurzu”, aczkolwiek bardzo bezpośrednich i przemawiających do mas. Atrakcyjność owa ma po części swoje źródło w efemerycznym podziale partytury na dwa bloki melodyjne, kształtowane kolejno przez utwory o pozytywnym zabarwieniu, nacechowane swoistego rodzaju lekkością brzmieniową i te bardziej dramatyczne, tworzące atmosferę nostalgii i zadumy. Muzycznego smutku na większą skalę jednak tu nie zaznamy. Kompozytor niczym główny bohater W Pogoni Za Szczęściem stara się dostrzegać jakieś światło nawet w najciemniejszym tunelu, przez co ścieżka jawi się jako „ciepły” i przyjemny w odsłuchu twór.

Wspomniany wyżej sztuczny podział na bloki melodyjne determinowany jest przez tematykę jaką Guerra wprowadza do swojego dzieła. Do panteonu najważniejszych wybijają się tu trzy lejtmotywy o różnym zabarwieniu brzmieniowym. Pierwszy, słyszany już na wstępie płyty (Opening), stawia filmowego Chrisa w świetle prostoty - człowieka cieszącego się swoim niezbyt wybujałym życiem, rodziną, a w szczególności swoim protoplastą. Motyw ten szczególnie silnie dochodzi do głosu w scenach opiewających relacje bohatera z synem Christopherem. Dużo luzu i swobody wnosi natomiast do partytury temat akcji, pojawiający się w różnych nieszablonowych, czasami komediowych wręcz sytuacjach. Charakteryzuje się energiczną, rytmiczną grą minimalistycznej orkiestry, na czoło której wysuwa się fortepian wspierany bębnami i elektroniką. Zupełnym przeciwieństwem owej muzycznej sielanki jest natomiast melancholijny temat, kładący fundament pod ilustrację trudnych wycinków z życia głównego bohatera. Cechuje się silnym minimalizmem brzmieniowym, stwarzając słuchaczowi warunki w utworach pokroju: Linda Leaves czy Homeless do chwili refleksji i poćwiczenia własnej wyobraźni.

Innymi słowy mamy do czynienia z całkiem przyjemną i ciekawą partyturą zdolną zainteresować zarówno muzyczno-filmowych wyjadaczy, jak i mającą niewiele wspólnego z gatunkiem społeczność. Można więc zatem mówić o pewnym uniwersalizmie W Pogoni Za Szczęściem - ścieżki, która dobrze wróży przyszłą karierę Włocha w Hollywood. Z drugiej strony, ciągle trapi mnie myśl, co by było gdyby za sporządzenie oprawy muzycznej wziął się jednak dotychczasowy współpracownik Muccino, Paolo Buonvino. Jakie byłyby tego efekty możemy tylko zgadywać, jednakże spoglądając na to, czym popisał się Guerra W Pogoni Za Szczęściem, reżyser będzie miał nie lada dylemat obsadzając stanowisko kompozytora swojego następnego filmu... A może nie?
Czas pokaże.

czwartek, 4 października 2007

Czy potrafimy siebie kochać.....

Czy należy kochać samego siebie?

W świetle przykazania miłości bliźniego na tak postawione pytanie odpowiedź jest oczywista: ależ tak! Przecież każdy z nas jest bliźnim także dla samego siebie. I to najbliższym ze wszystkich bliskich, czyli "bliźnich"! Ukształtowanie dojrzałej postawy wobec samego siebie okazuje się jednak jednym z najtrudniejszych zadań, które stoją przed każdym człowiekiem począwszy od pierwszych chwil jego życia. Łatwo tu o poważne nieporozumienia i błędy. Niektórzy sądzą, że miłość do samego siebie jest człowiekowi wrodzona i w związku z tym nie wymaga ona żadnego wysiłku. Inni z kolei uważają, że każdy człowiek ma wrodzoną skłonność do egoizmu, któremu trzeba się przeciwstawiać. Należy zatem uwrażliwiać chrześcijan jedynie na miłość wobec Boga i bliźniego ale nie na miłość wobec samego siebie.

Obie te skrajne postawy są błędne. W rzeczywistości bowiem nie jest prawdą, że każdy człowiek potrafi kochać samego siebie w sposób spontaniczny i bez wysiłku. Przeciwnie, zajęcie dojrzałej postawy wobec samego siebie wymaga wyjątkowo dużego wysiłku i wewnętrznej dyscypliny. Nie jest też prawdą, że ze względu na skłonności egoistyczne lepiej nie uwrażliwiać ludzi na kwestię miłości wobec samych siebie. Jednym bowiem ze skutecznych sposobów na to, by pokonać egoizm, jest uczenie się dojrzałej miłości wobec samego siebie. Także w tej dziedzinie zło zwycięża się dobrem (por. Rz 13, 8-10).

Objęcie samego siebie dojrzałą miłością jest warunkiem odpowiedzialnego życia. W przeciwnym wypadku życie człowieka staje się ciągiem krzywd wyrządzonych samemu sobie oraz niekończącym się pasmem cierpienia. Nie ma tu miejsca na teren neutralny. Jeśli w danym człowieku nie dominuje postawa przyjaźni wobec samego siebie, to zaczyna się w nim kształtować postawa wrogości wobec siebie. A gdy dominuje wrogość, to człowiek postępuje w sposób destrukcyjny: zniechęca samego siebie lub wręcz niszczy siebie negatywnymi sposobami myślenia, przeżywania i postępowania aż do stanów samobójczych włącznie.

Co nam utrudnia przyjęcie siebie z miłością?

Przypatrzmy się teraz tym powodom, które najbardziej utrudniają dojrzałe pokochanie samego siebie. Pierwszym z nich jest dosyć rozpowszechnione irracjonalne przekonanie, że człowiek nie powinien kochać samego siebie! Od wczesnego dzieciństwa młodzi słyszą od rodziców i innych wychowawców, że dojrzałość oznacza dorastanie do miłości Boga i bliźniego. Z tego typu sformułowań niektórzy wyciągają wniosek, że powinni kochać jedynie Boga oraz innych ludzi ale nie samych siebie. Co więcej, nawet część chrześcijan uważa, że dojrzały człowiek nie tylko nie jest wezwany do tego, by pokochać siebie lecz, że jest mu to wręcz zakazane, gdyż pokochanie siebie oznaczałoby po prostu uleganie egoizmowi. A egoizm jest przecież zaprzeczeniem miłości.

Tego typu uproszczenie, w postaci utożsamiania miłości wobec samego siebie z egoizmem, ma też swe przyczyny w nieprecyzyjnej terminologii, jaką się posługujemy. Otóż w języku polskim egoizm nazywany jest często miłością własną. Sugeruje to, iż sam fakt objęcia miłością samego siebie jest już przejawem egoizmu. A to prowadzi z kolei do wniosku, że nie jest w ogóle możliwa dojrzała miłość wobec samego siebie, która nie byłaby ostatecznie jakąś formą egoizmu.

Tymczasem egoizm jest zawsze zaprzeczeniem miłości. Można oczywiście w egoistyczny sposób "kochać" samego siebie ale istnieje równie wielkie ryzyko, że ktoś w egoistyczny sposób "pokocha" inne osoby. O tym więc, czy jakaś postawa jest miłością czy też egoizmem, nie decyduje fakt, do kogo jest ona skierowana (do samego siebie czy do innych osób) lecz na czym ta postawa polega! Egoizm to nie miłość człowieka wobec samego siebie lecz to niezdolność do przyjęcia siebie z dojrzałą miłością. A kto nie potrafi przyjąć siebie z dojrzała miłością ten rzeczywiście wpada w pułapkę egoizmu. Albo zajmuje wobec siebie postawę wrogości. Obie te skrajności są równie niebezpieczne. Obie też wykluczają miłość.

Innym powodem, który utrudnia pokochanie siebie, jest przekonanie, że chrześcijaństwo wręcz żąda, by wierzący wykluczył samego siebie z przykazania miłości. Tymczasem już prawie trzy tysiące lat temu Bóg objawił człowiekowi jasną zasadę w tym względzie: "kochaj bliźniego swego jak siebie samego" (por. Kpł 19, 18). Zasadę tę równie jednoznacznie potwierdził Chrystus (Mt 22, 39; Mk 12, 31). Chrześcijaństwo zatem nie tylko akceptuje miłość człowieka wobec samego siebie ale stopień jego miłości wobec siebie traktuje jako miarę miłości wobec bliźniego. I to w dodatku jako miarę maksymalną: Bóg stwierdza, że człowiek nie może pokochać bliźniego bardziej niż siebie samego.

Kolejną przeszkodą w dojrzałym pokochaniu samego siebie jest historia życia danego człowieka. Każdy z nas uczy się postawy wobec samego siebie od innych ludzi, zwłaszcza od rodziców i innych osób z najbliższego otoczenia. Ich postawę wobec siebie dany człowiek przyjmuje jako rodzaj wzorca, który bezpośrednio wpływa na jego własny sposób odnoszenia się do siebie. Łatwo sobie uświadomić, że sytuacja żadnego człowieka nie jest w tym względzie idealna. Czasami inni są dla nas zbyt wyrozumiali i pobłażliwi. Innym znowu razem okazują się zbyt niecierpliwi i surowi. Czasami więc uczą nas egoizmu a innym razem wrogości do samego siebie.

Kolejną przeszkodą w dojrzałym pokochaniu siebie jest fakt, że wielu ludzi nie jest świadomych postawy, jaką zajmują wobec samych siebie. Trudno wtedy o kształtowanie dojrzałości w tym względzie. Większość osób potrafi łatwiej odpowiedzieć na pytanie: jaki jesteś dla innych osób, niż na pytanie: jak postępujesz wobec samego siebie?

Czwarta przeszkoda w pokochaniu siebie wynika z niedoskonałości człowieka, której w jakimś stopniu każdy doświadcza. Dosyć łatwo byłoby pokochać kogoś idealnego, doskonałego, nie dotkniętego słabością, konfliktami wewnętrznymi i zewnętrznymi. W miarę łatwo jest jeszcze pokochać kogoś niedoskonałego pod warunkiem, że mamy z nim jedynie niewielki kontakt, że spotykamy się tylko od święta, że nie musimy razem pokonywać trudności i rozwiązywać niepokojących problemów. Tymczasem w kontakcie z samym sobą sytuacja jest diametralnie inna. Każdy człowiek bezpośrednio i niemal nieustannie doświadcza własnych słabości. Co więcej, każdy w jakimś stopniu krzywdzi samego siebie i przynajmniej czasami sam nie rozumie tego, co się w nim i z nim dzieje. Ma do siebie pretensje i żal o zło, które sobie wyrządził a także o to, że pozwolił, by inni go skrzywdzili. A ponadto przebywa ze sobą - z kimś tak niedoskonałym - dzień i noc. Zawsze.

poniedziałek, 1 października 2007

To gazeta którą polecam :)

Dlaczego przyjaźń musi boleć?

Przyjaciel, jak powiada biblijny mędrzec Syrach, jest lekarstwem życia (por. Syr 6, 16). Dlaczego więc przyjaźń boli?

Tylko „sterylna” przyjaźń nie boli

Prawdziwe przyjaźnie rodzą się tylko wśród osób świadomych swojego „ja”, zainteresowanych innymi ludźmi, zdolnych do empatii, lojalności i oddania. Wymagają też wyzbycia się – a więc niezbędnej straty – niektórych z naszych rojeń, dotyczących przyjaźni . Wymagania stawiane wobec przyjaciela są wysokie, a pozbywanie się naszych iluzji związanych z przyjaźnią jest bolesne. To prawda, że nasze przyjaźnie mogą być równie silne, a nawet silniejsze niż więzy krwi czy małżeństwa, ale dzieje się tak wtedy, kiedy poradzimy sobie z naszą wewnętrzną ambiwalencją, seksualnością i zgodzimy się na to, że przyjaciele okazują sobie przyjaźń „w kratkę”.

Wyobraźmy sobie, że przyjaźń nigdy nie boli. Jakby wtedy wyglądała? Sztucznie i sterylnie. Byłaby to przyjaźń między ludźmi, którzy bojąc się być blisko siebie, oglądają siebie przez szybę, aby się nie zranić. Ale wtedy, nie chcąc się wystawić na ryzyko bólu i cierpienia, skazaliby się na samotność we dwoje. Przyjaźnie muszą boleć, bo tworzą je ludzie. Bolą jednak nie tyle one same, ile procesy ich kształtowania i zmiany, jakie pod ich wpływem i dla ich zachowania dokonują się w ludziach.

Boli, że nie możemy być tylko dla siebie

Nostalgia za prawdziwym przyjacielem jest objawem poszukiwania w naszym życiu takiej więzi, w której doświadczalibyśmy absolutnej miłości i zaufania. Kiedy bylibyśmy połączeni przez podobne pasje i dążenia, a u naszego boku mielibyśmy kogoś, przed kim można odsłonić najciemniejsze zakamarki naszej duszy i zarazem nie bać się, że z jakichś powodów zostaniemy odrzuceni. Takiej osoby pragniemy, takiej osoby szukamy, i tak rozumiemy prawdziwą przyjaźń.

Zdaniem Elreda, opata z Rievaulx, „prawdziwie samotnym jest ten, kto nie ma przyjaciela”. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Jednak w najgłębszej nawet przyjaźni zaboli to, że przyjaźń nie jest „sklonowaniem duszy”. Nigdy dwoje ludzi nie może żywić nadziei, że zaspokoją nawzajem wszystkie swoje potrzeby, że jeden stanie się „wszystkim” dla drugiego. Przyjaciela nie „ma się” na własność. Przyjaciela w ogóle się nie „ma”. Z przyjacielem „się jest” i przyjacielem „się staje”. My zaś instynktownie niemal szukamy przyjaciół, aby w ich twarzy zobaczyć siebie.

Potrzebę tę szczególnie widać w przyjaźniach z okresu młodzieńczego. Przyjaciele z dzieciństwa są nam potrzebni, aby odkryć, potwierdzić i skonsolidować to, kim jesteśmy. W tego typu przyjaźnie bardzo silnie wpisana jest potrzeba wyłączności. Dobierając sobie przyjaciela czy przyjaciółkę, szukamy w nich często swojej drugiej połówki – i to nie tylko brakującej, ale i bez skazy. Jeśli jednak chcemy spotkać się z przyjacielem, a nie tylko zatrzymać go przy sobie, musimy w dojrzały sposób zgodzić się na jego „inność” i ”odrębność”. A to przynajmniej na początku boli. Możemy bowiem kogoś kochać bez jego wiedzy, ale nie możemy się z kimś przyjaźnić bez jego wiedzy i zgody.

Boli, że bywamy „przyjaciółmi w kratkę”

W każdą przyjaźń wchodzimy ze „skazą charakteru”, która krępuje i ogranicza nasze relacje z innymi. Wynika ona z ambiwalentnej postawy: kochamy, ale i zazdrościmy; kochamy i rywalizujemy. Często jest nam łatwiej współczuć niż cieszyć się szczęściem drugiej osoby, pomyślnością naszego przyjaciela. Czy nie jest tak, że nasze przyjaźnie wygasają w tym momencie, w którym trudno nam już ukrywać przed sobą własną zazdrość? Stwierdzenie: „Obraziłem się na przyjaciela” jest często tylko zakamuflowaną formą przyznania się do tego, że zazdroszczę mu powodzenia, którego już dłużej nie potrafię tolerować.

„Inność” przyjaciela może nas bowiem doprowadzić albo do frustracji, albo wdzięcznego zaciekawienia, w zależności od tego, jak potrafimy żyć z wrodzoną zazdrością. Myśląc o przyjaźni zapominamy często o tym, że „względnie łatwo jest być przy drugiej osobie i przyjść jej z pomocą w przeciwnościach losu, ale trudniej wytrwać przy przyjaciołach w ich radosnych chwilach” Zazdrość to słowo, którego nie kojarzymy z przyjaźnią, bo przyjaźń jest dla nas więzią ludzi sobie bliskich i przynajmniej duchowo równych. Dopiero dojrzewając w przyjaźniach skłonni jesteśmy do tego, aby wyjść poza siebie i nauczyć się patrzeć we wspólnym kierunku. Ponieważ przyjaźń traktujemy często jako promocję naszego wizerunku, boli zobaczenie siebie jako „przyjaciela w kratkę”.

Boli, że przyjaźń to nie czysty altruizm

Dla wielu z nas prawdziwa – może raczej trzeba byłoby powiedzieć dojrzała – przyjaźń jest „zgodnością w prawach ludzkich i boskich, połączoną z życzliwością i miłością względem siebie” Ale tu czeka na nas kolejna pułapka. Choć przyjaźń nie jest czystym altruizmem, to wydaje się kierować zasadą, „by nie dawać więcej niż drugi jest gotów przyjąć i nie spodziewać się więcej od drugiego niż on może dać”. Ta miara pokazuje, jak daleko można się posunąć w przyjaźni. Należy uniknąć dwóch skrajnych postaw: dawania bez brania oraz odmowy przyjmowania. Są bowiem osoby, które w przyjaźni szukają azylu, aby za wszelką cenę mieć do czegoś lub kogoś prawo, ale chętniej podtrzymują roszczenia niż pozwalają się obdarować. Tacy ludzie sprawiają wrażenie, jakby działali według zasady: „Lepiej żebyś czuł się zobowiązany niż żebym ja miał się tak czuć” .

Są i takie osoby, dla których przyjaźń staje się okazją do odmowy przyjmowania, ponieważ zgoda na osobiste korzyści kojarzy im się ze zdradą przyjaciela. Często jednak pod maską takiego altruizmu kryje się subtelne poczucie własnej wyższości i wybrania. Relacja przyjaźni wcale nie musi być identyczna po obu stronach, ponieważ każdy z przyjaciół jest inny, ma własną historię, swój sposób wyrażania uczuć, okazywania sympatii i zaufania. Pomimo całego bogactwa naszej przyjaźni, tego, co do niej wnosimy i jak się tym wzajemnie obdarowujemy, wszyscy musimy się zgodzić na to, że „wchodząc w świat szerszy niż nasze więzy krwi, staramy się nawiązać przyjaźnie bez skazy, lecz te zapoczątkowane dobrowolnie przez obie strony związki, jak wszystkie więzi, przyniosą ze sobą nie tylko radości, ale i rozczarowania”

Boli, że kobieta i mężczyzna są różni

Nie tak rzadko daje się usłyszeć, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest niemożliwa. Takie stwierdzenie boli zarówno mężczyzn, jak i kobiety, którzy uważają je za niesprawiedliwe. Niemniej, przyjaźnie z osobami płci przeciwnej trzeba zawsze w jakiś sposób pogodzić z naszą seksualnością. W tej mierze, w jakiej przyjaźń domaga się od nas, abyśmy trzymali na wodzy nasze pragnienia seksualne, można postrzegać ją, w pewnym sensie, jako więź niekompletną i niedoskonałą – a to boli.

Psycholodzy potwierdzają, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą występuje rzadziej niż przyjaźń między osobami tej samej płci. Niektórzy z nich uważają, że jeśli niektórym mężczyznom i kobietom uda się nawiązać przyjaźń, to ich związek należeć będzie do jednej z trzech kategorii: a) do przyjaźni przypominających bardziej związek osób tej samej płci, na zasadzie: „Traktuję ją jak siebie albo jak mężczyznę”; b) do relacji o charakterze rodzinnym: „Traktuję go jak brata, ojca, syna” lub c) do związków zaczynających się jako platoniczna przyjaźń, a kończących się jako zamaskowana – nie zawsze do końca – miłość seksualna

Więź, o którą trzeba się troszczyć

Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. I choć są one przewidywalne, to nie znaczy, że można je kontrolować. Przynoszą one ze sobą nie tylko radość, ale i smutek. „Nawet jeśli mamy to szczęście i posiadamy jednego, dwóch lub trzech ukochanych i «najlepszych przyjaciół», przyjaźnie – jak uczy nas tego życie – to w najlepszym razie więzi z rodzaju niedoskonałych” Warto o tym pamiętać, ale jednocześnie troszczyć się o nie.

Autor.gazeta list

Do zakochania jeden krok....i co dalej?



Ojca swojego dziecka znała kilka miesięcy. Współżycie rozpoczęła, mając lat 16 i pół. Do bierzmowania przystąpiła w wieku 17 lat. Dziecko urodziła, mając 17 lat i dziewięć miesięcy. Gdy przekonała się, że jest w ciąży, chciała możliwie szybko wyjść za mąż. Odradzałem, pewnie nie tylko ja, bo w rezultacie Amanda od tego zamiaru odeszła. Jest z ojcem swojego dziecka, choć nie mieszkają razem. Co będzie dalej? Czy dojdzie do małżeństwa z tym, któremu tak zaufała? Co będzie ze szkołą? Uczucia minęły, czy pozostał rozsądek?
* * *

Przykład Amandy nie jest odosobniony, choć tak wcześnie rozpoczęte współżycie ma miejsce jednak rzadko. Najbardziej zastanawia sprzeczność pomiędzy przygotowaniem do bierzmowania i przyjęciem tego sakramentu a stylem życia... Amanda, przygotowując się do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, była prawie w każdą niedzielę na Mszy i u Komunii świętej. W jedną z niedziel zauważyłem, że od dłuższego czasu nie przyjmuje Ciała Chrystusa, a niedzielną Eucharystię coraz częściej opuszcza. Zaniepokoiłem się, lecz nie przypuszczałem, że aż tak potoczą się losy Amandy. Czy wszystkiemu winne są uczucia?

Zakochanie czy zauroczenie to sprawa uczuć, one zaś są w człowieku obok woli, rozumu i sumienia... Zakochanie może przyjść ni stąd, ni zowąd, w różnym wieku i stanie. Przed małżeństwem, w trakcie i po nim. Także w kapłaństwie. Nie może jednak w prostej linii i czasie prowadzić do... łóżka. Jeśli tak się dzieje, świadczy to o niedojrzałości uczuć, nierozwinięciu albo niezsynchronizowaniu pozostałych funkcji człowieka. Cotygodniowa obecność na Mszy i często przyjmowana Komunia święta musi, z natury tego sakramentu, rozwijać wiarę, pogłębiać duchowość i więź z Bogiem... Chyba że to wszystko jest dla księdza, a nie dla Boga. Niekiedy jest tak, że człowiek nie wie, po co to wszystko. Na wezwanie W górę serca odpowiada Wznosimy je do Pana, ale nie wie, jak ten Pan się nazywa i kim jest dla człowieka. Taka wiara w Boga naprawdę, ale bez korzeni i entuzjazmu.

Rodzice Amandy żyją w związku cywilnym, nie mając przeszkód kanonicznych do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Może i to miało pewien wpływ na postępowanie Amandy?

Kończąc, polecam przedstawiony problem młodzieży i rodzicom. Proszę o tym rozmawiać, dyskutować, ładnie się kłócić. W rozmowie panować nad uczuciami, które wszystko mogą popsuć. Dalsze życie Amandy może potoczyć się pięknie i szczęśliwie, ale szkoda, że start w dorosłość zaczął się od wyższej szkoły, a nie od przedszkola... jak być powinno. Niech święty Walenty nauczy nas odróżniać zakochanie od miłości...

KS.WOJCIECH

Optymizm



Kiedy pada, wieje , sypie śniegiem, kiedy błyskawice rozświetlają noc,
kiedy skwar zdaje się nie do zniesienia, wiedz, że jest pięknie. Pięknie jest zawsze!

Skoro deszcz pada, by podlać ogrody,
skoro słońce praży, by dojrzała winorośl,
dlaczego byś chciała oglądać niebo wiecznie tak samo niebieskie?

Z burzy artyści potrafili uczynić dzieło sztuki;
ze śniegu dzieci lepią bałwany, które im dają tyle radości.

Podchodź w ten sposób do życia, a każdy dzień wyda Ci się jaśniejszy,
bardziej zaskakujący od poprzedniego.

A kiedy Cię zasmuci zbyt pochmurne niebo,
spójrz w górę -ponad chmurami zawsze jest słońce.


Alain Ayache

fragment książki "Listy do mojej córeczki"